Logowanie
+Dziennik zakrapiany rumem
No, kto by nie chciał żyć w Ameryce lat sześćdziesiątych, kiedy można zatankować samochód do pełna za 20 $, a za trzykrotność pełnego baku wynająć przyzwoite, choć trochę egzotyczne, mieszkanie?
Żeby dopełnić obrazu wspomnę, że za dwa dolary można mieć cztery drinki. I to właśnie one są podstawą „Dziennika zakrapianego rumem”. Przynajmniej z pozoru.
W filmie Bruce’a Robinsona mamy do czynienia ze swoistą reinterpretacją istotnego elementu greckiej tragedii, a więc chóru. A raczej mielibyśmy z nią do czynienia, gdyby nie swoisty happy end. Ale o tym później.
Jeśli ktoś wybrał się na „The Rum Diary”, żeby po raz kolejny zobaczyć odtwórcę Jacka Sparrowa w lekkim klimacie, w cieniu palm i z butelką rumu, z pewnością się zawiódł. Jeśli ktoś wybrał się na „The Rum Diary” po to, żeby ujrzeć ludzką metamorfozę (i Amerykę lat sześćdziesiątych), ten zaspokoił swoją potrzebę i ciekawość. Ten, kto spodziewał się fajerwerków na zakończenie, wyjdzie z wrażeniem niewypału.
Dla mnie najważniejsze jest wrażenie (a może przekonanie?), że reżyser rozsiewa postaci wspomnianego wcześniej greckiego chóru w najmniej oczekiwanych momentach. To chór w przerysowanych osobach alkoholików na skraju upadku, dorobkiewiczów-przyszłych milionerów i biedaków, którzy wszystko stawiają na jedną kartę. Ich głos jest głosem krytyki nie tylko czarno-białej Ameryki lat sześćdziesiątych. Jest komentarzem współczesności. Jeśli tylko chcemy się w ten komentarz wsłuchać, mimo uszu puszczając pijackie zwidy, wytarte szlagiery i szczęśliwe zakończenia, warto poświęcić dwie godziny życia.
Artykuł pochodzi z serwisu Twoje-wieści.pl. Oryginał znajduje się pod adresem: http://twoje-wiesci.pl/2012/rum-depp-i-dziennikarski-notes/
Autorem artykułu jest: